Edukacja domowa. Temat, który budzi skrajne emocje. Jedni uważają ją za fanaberię, inni za najlepszą inwestycję w przyszłość dziecka. Maciej Wojtas, ojciec, edukator i copywriter, opowiada o tym, jak wykorzystał szansę na realizację rodzinnych marzeń o nauce bez dzwonków i ławki szkolnej. Jak to możliwe, że wbrew krytyce otoczenia i własnym obawom odnalazł w tej drodze wolność i spełnienie? W rozmowie z Michaelą Fuchs zdradza, jak wygląda codzienność w edukacji domowej. Dzieli się tym, dlaczego wolność bywa największym wyzwaniem oraz jak jego dzieci uczą się… bez wiedzy, że się uczą.
Michaela Fuchs: Edukacja domowa to spore wyzwanie, szczególnie wtedy, gdy spoczywa na nas obowiązek nauczania więcej niż jednego dziecka. Dlaczego podjąłeś się edukacji domowej dla swoich dzieci?
Maciej Wojtas: Od dawna myśleliśmy o tej formie nauki, ale nie mieliśmy odwagi, żeby rzucić się na tak głęboką wodę. W dodatku ciężko było nam przekonać rodzinę do tego, co chcemy zrobić. Nikt przed nami nie praktykował ED, dlatego wszyscy snuli katastroficzne wizje z tym związane. Nawet nauczyciele byli na „nie”. Wiem, że to nasze życie i nasze decyzje, ale uwierz mi, ciężko żyć, mając przeciw sobie tylu ludzi. Więc chwilowo odpuściliśmy temat.
Aż pewnego dnia wybuchła pandemia i nagle okazało się, że to doskonała okazja, żeby zrobić to, o czym marzyliśmy od wielu lat. Wiem, że nie byliśmy jedynymi rodzicami, który wykorzystali ten moment w taki właśnie sposób. Bardzo wiele polskich rodzin przeszło wówczas na ED.
M.F.: Zgadzam się z Tobą w 100%. Trudno jest żyć po swojemu, gdy wszyscy mają pomysł na nasze życie. Chyba każdy z nas przez to przechodzi. Musimy się w końcu nauczyć żyć swoim życiem. Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze jako ojca i jak przekazujesz je dzieciom?
M.W.: Wierzę w nauczanie przez własny przykład. To najprostsza i chyba najskuteczniejsza metoda przekazywania zarówno wiedzy, jak i życiowych postaw. Wierzę też w to, że lepiej skupiać się na mocnych stronach i rozwijać swoje talenty, niż próbować być dobrym we wszystkich dziedzinach. To tyle w temacie edukacji. A z rzeczy naprawdę istotnych, uważam, że najważniejszą rzeczą, jaką mogę przekazać moim dzieciom, jest wiara w Boga.
Rysunek wykonany przez córkę Macieja.
M.F.: Twoje podejście do życia jest mi bardzo bliskie. Podziwiam Cię za to, że zdecydowałeś się na ED. Mnie nie stać na ten moment, żeby zdecydować się na taki krok. Jestem ciekawa, jakie wyzwania napotkałeś jako ojciec odpowiedzialny za edukację domową?
M.W.: Pamiętam, że na początku miałem dwa rodzaje stresu. Pierwszy, że nie podołamy temu zadaniu i że finałem naszej przygody z edukacją domową będzie jakaś kosmiczna katastrofa. Do tego dochodził wspomniany opór rodziny, która przestrzegała nas przed robieniem czegoś, czego do tej pory nie zrobił u nas nikt. Byliśmy pionierami, nie wiedzieliśmy, co nas czeka.
Drugi stres wiązał się z tym, że nie będę mógł pracować, ponieważ będę musiał od rana do wieczora zajmować się nauczaniem. Na szczęście dziś wszystko jest już pod kontrolą. I jak zwykle okazało się, że strach miał wielkie oczy.
M.F.: Dobrze, że o tym mówisz. Mnie chyba też przeraża druga wizja, gdy myślę sobie o ED. Boję się wziąć na swoje barki taką odpowiedzialność, bo nie chcę, by całe moje życie kręciło się wokół szkoły. Jak widać na Twoim przykładzie można wszystko pogodzić. Jak wygląda organizacja dnia w Waszej rodzinie? Jak dzielicie czas między naukę, pracę i odpoczynek?
M.W.: Zachęcam moje dzieci do wykorzystywania najbardziej produktywnych części dnia na naukę. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że zegar biologiczny inaczej działa u dzieci młodszych, a inaczej u nastolatków, które lubią pospać dłużej.
Dlatego uczymy się więc przede wszystkim rano, do południa, ale tak naprawdę ta nauka nigdy się nie kończy, bo często tak kieruję nasze domowe rozmowy, żeby przemycać w nich różne wątki edukacyjne. Na szczęście robię to na tyle sprytnie, że dzieci (chyba) w ogóle tego nie zauważają.
Grafika przygotowana przez Macieja Wojtasa i AI.
M.F.: Jakie metody edukacyjne stosujesz? Czy czerpiesz inspiracje z konkretnych źródeł lub metodologii?
M.W.: Wyznaję dwie zasady. Najważniejsze to nauczyć się uczyć. W edukacji domowej dzieci bardzo szybko stają się samodzielne, stają się niemalże małymi studentami, bo ED uczy systematyczności i obowiązkowości.
Jak się nie nauczysz, to nie zdasz egzaminu. A jak nie zdasz egzaminu, to wracasz do normalnej szkoły, powtarzając tę samą klasę. Dlatego kładę nacisk właśnie na jak największą samodzielność.
Jest jeszcze zasada „z niewolnika nie będzie pracownika”, którą przekładam na sferę edukacji w ten sposób, że jeśli jakieś dziecko nie ma w danym momencie „melodii” do nauki, bo jest zmęczone, albo chce mu się spać, albo świeci słońce i lepiej pójść na boisko – to robimy sobie wolne. Nic na siłę 🙂
M.F.: To bardzo rozsądne podejście. Jakie różnice dostrzegasz między edukacją domową a systemem tradycyjnym? Co, według Ciebie, jest największą zaletą edukacji domowej?
M.W.: W systemie tradycyjnym marnuje się ogromne ilości czasu. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że szkoła pełni wiele ważnych funkcji i edukacja jest tylko jedną z nich, ale na koniec dnia ta różnica jest aż nadto widoczna. Dzieci ze szkół systemowych wracają do domów przemęczone i przeciążone. A dzieci z ED mają tej energii… aż za dużo 🙂
Największą zaletą ED jest coś, co dla niektórych może być największą wadą tego rozwiązania, czyli wolność. Oddanie rodzicom pełnej odpowiedzialności za edukację i wychowanie swoich dzieci. Tak, to może przerażać.
Grafika przygotowana przez Macieja Wojtasa i AI.
M.F.: Przejdźmy teraz do Twojej pracy. Kiedy odkryłeś swoją pasję do pisania? Czy to ojcostwo wpłynęło na rozwój tej pasji?
M.W.: Pasję odkryłem wtedy, kiedy zacząłem pisać „dla siebie”, a nie dla klientów. Niestety, pisanie „dla siebie” nie dawało mi pieniędzy. Dlatego musiałem na okrągło pisać dla klientów, żeby zarobić na utrzymanie rodziny. Gdybym nie miał rodziny, nie miałbym powodu, żeby trenować pisanie z aż tak wielkim poświęceniem.
Ale wkrótce, mam nadzieję, wszystko się zmieni i będę mógł utrzymać rodzinę z pisania tego, co mi w duszy gra. Mam tu na myśli książki dla dzieci. Właśnie teraz wydaję swoją pierwszą papierową bajkę – szaloną opowieść „O żółwiku, który miał na imię Tak” (https://zolwik.wojtas.academy/).
M.F.: Jakie wartości i przesłania chciałbyś przekazać dzieciom poprzez swoje książki?
Chciałbym uczyć tego, czego uczę moje dzieci. Czyli tego, żeby się nie poddawać. Tego, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Tego, żeby zło dobrem zwyciężać. Tego, żeby tam, gdzie się jest, starać się wprowadzać pokój. Plus chciałbym, żeby moje książki były jedną wielką pochwałą rodziny.
M.F.: Chcesz stworzyć piękny świat. To piękna wizja. Chciałabym żyć w takim świecie. Jak włączasz dzieci w proces twórczy? Czy są Twoimi pierwszymi recenzentami?
M.W.: Tak, zawsze czytam im swoje bajki i uważnie obserwuję ich reakcje. To samo robię, kiedy oglądają jakieś bajki czy filmy w telewizji: obserwuję, które sceny, zdania, sytuacje je śmieszą, a które poruszają w inny sposób. A teraz, przy okazji wydawania pierwszej papierowej książki, moje dzieci stworzyły do niej większość ilustracji. Tak więc bez dzieci byłoby mi trudno pisać dla dzieci.
Grafika przygotowana przez Macieja Wojtasa i AI.
M.F.: Czym różni się pisanie dla dzieci od innych form pisania, takich jak copywriting?
Nie widzę większych różnic między copywritingiem a pisaniem dla dzieci. I tu, i tu musi być maksymalnie prosto i zrozumiale. I tu, i tu nie można lać wody.
M.F.: Co skłoniło Cię do rozpoczęcia działalności w branży edukacyjnej?
M.W.: Wiele rzeczy. Jedną z najważniejszych była chęć pozostawienia po sobie czegoś wartościowego. Czegoś, co będzie rezonować w innych ludziach jeszcze przez długie lata.
M.F.: Jakie widzisz możliwości i wyzwania związane z tworzeniem warsztatów z kreatywnego pisania?
M.W.: Wyzwaniem jest to, że z czasem nikt nie będzie potrzebował nauczycieli pisania, bo wyręczy nas w tym AI. Choć z drugiej strony, w świecie napędzanym przez AI głos, pomysły, opinie żywego człowieka – będą czymś wyjątkowym i przez to cennym.
M.F.: Jakie cechy, Twoim zdaniem, są najważniejsze w pracy edukatora?
M.W.: Umiejętność motywowania uczniów, rozpalania w nich „iskry” zainteresowania. Plus odporność na stres związany z tym, że czasami praca nie daje od razu jakichś spektakularnych efektów. Bo prawda jest taka, że mogą być one widoczne dopiero po latach. Często jest tak, że słowa naszych szkolnych nauczycieli stają się dla nas zrozumiałe dopiero wtedy, kiedy sami mamy już dzieci.
M.F.: Jak łączysz rolę zawodowego copywritera, edukatora i ojca prowadzącego edukację domową?
M.W.: Pracując na swoim, zawsze nosisz swoje biuro ze sobą (mam na myśli głowę). Dlatego zdarza mi się pracować kreatywnie, leżąc w łóżku, jadąc samochodem czy stojąc w kolejce do sklepowej kasy. Moja praca polega na myśleniu, a to można robić zawsze i wszędzie.
A jak to łączę ze sobą? Po prostu: im więcej mam zajęć, tym bardziej muszę się streszczać, rezygnować z tego, co mniej ważne, co odciąga mnie od celu, który sobie postawiłem.
M.F.: Czy są momenty, kiedy jedno z tych zadań przeważa nad innymi? Jak znajdujesz równowagę?
M.W.; Oczywiście, że tak. Wychodzę z założenia, że złą ocenę zawsze można poprawić, ale kiedy zawalisz pracę zawodową i nie zarobisz pieniędzy, to ciężko będzie przeżyć rodzinie bez jedzenia. Piję do tego, że zasadniczo to jednak praca zawodowa ma (nieco większy) priorytet. Choć są dni, kiedy musi ona całkowicie zejść na plan dalszy.
M.F. Czy Twoja praca zawodowa wpływa na podejście do edukacji domowej? Jakie doświadczenia przenosisz z jednej dziedziny do drugiej?
M.W.: Praca copywritera i storytellera nauczyła mnie wielu rzeczy przydatnych w ED. Na przykład robienia szybkiego researchu, wyłapywania najważniejszych wątków w czytanym tekście, umiejętności opowiadania historii, czy chociażby redukowania stresu, kiedy deadline zbliża się wielkimi krokami. Ta ostatnia rzecz jest bardzo przydatna, ponieważ u nas egzaminy są praktycznie co miesiąc (nie wiem, jak jest w innych szkołach przyjaznych ED).
M.F.: Co chciałbyś, aby Twoje dzieci wyniosły z obserwacji Twojej pracy i zaangażowania w rozwój zawodowy?
M.W.: To, żeby robiły to, co kochają. Albo inaczej: żeby jak najszybciej doszły do momentu, w którym powiedzą, że robią to, co lubią. Ostatecznie: że lubią to, co robią. Bo wbrew pozorom, te dwa zdania nie są równorzędne.
A druga sprawa, chciałbym nauczyć moje dzieci tego, żeby nigdy nie poddawały się za pierwszym razem, kiedy coś im nie wychodzi. Żeby traktowały porażki jako naturalny etap działania.
M.F.: Jakie są Twoje plany na przyszłość zarówno w sferze rodzinnej, jak i zawodowej?
M.W.: Życie nauczyło mnie, że robienie planów dłuższych niż na 24 godziny do przodu – jest marnowaniem czasu. Owszem, mam jakiś ogólny szkic, zarys, kierunek, ale wiem, że życie jest tak nieprzewidywalne, że ten plan może się zawalić z dnia na dzień, a nawet z minuty na minutę.
M.F.: To bardzo mądre podejście. Mam podobnie. Planowanie przy dzieciach z zasady jest elastyczne. Do tego dochodzą jeszcze inne sytuacje, na które nie mamy wpływu. Czy marzysz o napisaniu konkretnej książki, stworzeniu kursu lub projektu, który mógłby w wyjątkowy sposób wpłynąć na edukację dzieci?
M.W.: Nie marzę. Już to robię! Wszystko, co teraz robię, podporządkowane jest właśnie temu jednemu celowi. Widzę, co dzieje się z edukacją w Polsce, dlatego chcę coś w tej materii zmienić, oczywiście na lepsze. To moja życiowa misja. I powołanie, które odkryłem bardzo, bardzo późno. Ale lepiej późno niż wcale.
M.F.: Wiesz, ja myślę, że odkryłeś to w odpowiednim momencie. Zdobyłeś odpowiednią wiedzę i doświadczenie, które przygotowały Cię do wykonania tej misji. Jakie masz nadzieje związane z edukacją domową dzieci w nadchodzących latach?
M.W.: Mam nadzieję, że rządzący zostawią nas w spokoju i pozwolą w spokoju robić swoje. Tylko tyle i aż tyle. Ale jak będzie w rzeczywistości, nie wiem.
M.F.: Co chciałbyś powiedzieć innym rodzicom, którzy zastanawiają się nad edukacją domową lub szukają sposobów na większe zaangażowanie się w rozwój dzieci?
M.W.: Odwagi! Strach ma wielkie oczy. Nauka… nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest odkrycie swoich mocnych stron, rozwijanie pasji, pójście w kierunku swoich naturalnych predyspozycji. Edukacja domowa daje na to czas i przestrzeń. Daje też wolność. Skoro nawet ja sobie z tym jakoś radzę, to Ty, drogi czytelniku, tym bardziej staniesz na wysokości zadania!
M.F.: Dziękuję Ci za tę piękną rozmowę. Myślę, że nie tylko dla mnie jest ona bardzo budująca i motywująca. Życzę Ci, żebyś wykonał swoją misję i cieszył się z jej efektów. Dużo dobrego dla Ciebie i Twojej rodziny.
Autor: Maciej Wojtas
Copywriter z 12-letnim stażem (https://maciejwojtas.pl)
Autor kursów copywritingu i kreatywnego pisania
Wydawca bajek dla dzieci (https://wojtas.academy)









