Rozpoczęcie roku szkolnego w szkole ponadpodstawowej to dla nastolatków coś więcej niż tylko zmiana planu lekcji. To czas poszukiwania własnej tożsamości, mierzenia się z presją ocen, oczekiwaniami nauczycieli i rówieśników, a także z pierwszymi poważniejszymi wyborami dotyczącymi przyszłości. Za pozorną pewnością siebie często kryje się lęk przed odrzuceniem, samotnością czy porażką. Jak rodzice mogą towarzyszyć swoim dorastającym dzieciom, by czuły się wspierane, a nie oceniane? O tym z z psycholożką i psychoterapeutką pracującą w nurcie integracyjnym Magdaleną Borkowską rozmawiała Michaela Fuchs.
M.F.: Przejście do liceum lub technikum to nie tylko zmiana szkoły, ale często też nowe miasto i nowi znajomi. Jak wspierać nastolatka w tej zmianie?
M.B.: Pozwolić mu sobie radzić. To oznacza rownież prosić o nasze wsparcie, jeśli tego potrzebuje. Relacja z dzieckiem w wieku nastoletnim nie jest łatwa, ale może być bardzo wartościowa zarówno dla rodzica jak i dziecka. Nasze nastoletnie dziecko z jednej strony potrzebuje zwykle widzieć naszą szczerą wiarę w jego zasoby i zainteresowanie jego pomysłami, na rozwiązywanie własnych problemów, praw oraz osobistej wolności, a z drugiej jak w poprzednich latach – zapewnienia przytulnego azylu, do którego może zwrócić się kiedy potrzebuje. Nie osaczajmy dziecka. Nie zawstydzajmy go, ani nie kontrolujmy za mocno.
Dobrym pomysłem jest rozmowa, żeby zobaczyć jak ono to widzi, czy i czego od nas w tym procesie potrzebuje. Musimy unieść odpowiedzi, które możliwe, że przyjdą i możliwe, że nie będą łatwe. 😉 Dzieciakom warto zaufać, często wręcz zbyt kole nas w rodzicielskie oczy, jak bardzo wprost mówią o tym, czego im brakuje, czego im potrzeba. Często mają dużo racji.
Pamiętajmy też, że celem wychowania nie jest sprawienie, aby nasze dziecko pasowało do naszego wyobrażonego ideału. Naszym celem jest mu pomóc, aby radziło sobie w swoim własnym życiu kimkolwiek się stanie i kimkolwiek jest. Zostawienie dzieciom możliwości niesienia swoich emocji, prób własnego rozwiązania kłopotu, kiedy chcą się nim zająć samodzielnie, to szansa dla nich na odnalezienie własnej sprawczości.
Młodsze dzieci również potrzebują mieć taką możliwość, adekwatnie do wieku. Jednocześnie zostawianie ich samych i odcięcie się od problemów, w których oczekują od nas i potrzebują wsparcia czy chociaż naszej psychicznej obecności, kiedy będą sobie same radziły, to nie najlepszy pomysł. Jak chyba w każdym odcinku życia – po prostu bądźmy uważni, obecni, wyjdźmy poza nasze oczekiwania i obawy i zobaczmy nasze dziecko takie, jakie jest, a nie takie jakie chcielibyśmy, aby było. Reagujmy responsywnie na to, czego nasze dziecko od nas potrzebuje. Oni na prawdę są kompetentnymi ludźmi, warto to w nich dostrzegać.
M.F.: Jak rozmawiać z nastolatkiem, który zamyka się w sobie i nie chce opowiadać, jak mu idzie w szkole?
M.B.: A dorośli zawsze chcą i muszą odpowiadać jak im minął dzień w pracy? Nie. Więc dzieci też nie muszą. Traktujmy dzieci od maleńkości (nie wyłączając nastoletniości) jak ludzi. Ludzi, którzy nie muszą zaspokajać naszej potrzeby wiedzenia, jak im jest, mogą po prostu postawić nam granicę.
Jednocześnie przypomnę, że nie jest traktowaniem dzieci jak ludzi, obrażanie się czy wycofywanie uwagi czy miłości tylko dlatego, że nie spełniają naszych oczekiwań, na przykład nie mówią, jak jest w szkole. Interesujemy się dzieckiem, chciejmy być z nim i jego sprawami, bądźmy szczerze zaciekawieni tym, co przeżywa.
Może akurat szkoła nie jest dla niego ważną kwestią? Dzieciaki to nie roboty do odbywania edukacji, to podmioty swoich żyć. Osobiście gdybym miała relację, w której ktoś przez lata pyta mnie tylko o to, jak tam w pracy i np. chwali za każdym razem, że fajnie gotuję, chociaż w sumie nie wie czy to lubię i uważam za ważne, czułabym, że to dość jałowa relacja, w której ktoś niby udaje, że chce coś o mnie wiedzieć i być w moim życiu, ale tak naprawdę od dawna nie wie, kim jestem. Jakże często takie relacje mają rodzice ze swoimi nastoletnimi dziećmi?
„Jak było w szkole” pada codziennie i “wow, super Ci idzie granie na skrzypcach” jako jedyna pochwała. A może nasze dziecko to duuuuużo więcej niż jego zadania? Mamy przed sobą fascynującą młodą osobę, czemu by jej nie poznać i nie pokochać – całej, włącznie z tym, co zupełnie niezgodne z naszymi oczekiwaniami, a może bardzo inspirujące.
Gdyby jednak dziecko nam „znikało”, działoby się coś niepokojącego, nie wahajmy się korzystać z pomocy – najpierw dla siebie, aby lepiej rozumieć, ale i dla dziecka.
M.F.: Co zrobić, gdy dziecko mówi, że nie czuje się nigdzie akceptowane?
M.B.: Oj są takie zdania dzieci, które robią nam rodzicielski szach mat prawda? „Nigdzie” to przecież znaczy, że też w domu…
Nie wiem co zrobić, prawdopodobnie to zależne od tak wielu czynników, że nie ma jednej odpowiedzi. Myślę, że gdybym usłyszała coś takiego, bardzo szczerze współczułabym swojemu dziecku. A ze szczerego współczucia pewnie rodziłaby się jeszcze większa bliskość i chęć wsparcia go z całą mocą. Podziękowałabym mu za zaufanie, że przyszło i mi o tym powiedziało i zaoferowała, że chętnie go wysłucham, żebyśmy razem zrozumieli lepiej, co możemy zrobić, by mu pomóc.
Osobiście przemyślałabym też poważnie sprawę i zadbała o to, aby co najmniej w domu był przyjęty cały. Przyjrzałabym się też temu, na ile dziecko może akceptować siebie, ale z wiedzą, że aby mogło mieć taką postawę wobec siebie, musi ją uwewnętrznić, w pewnym sensie nauczyć się takiej postawy od akceptującego rodzica. Tak więc to bardzo ważne nasze zadanie. Szczególnie, gdy jesteśmy rodzicami dziecka, które może być narażone na nietolerancję w naszym społeczeństwie. Na przykład dziecka homoseksualnego, niepełnosprawnego, o szczególnych cechach wyglądu, czy zachowania (np tiki czy jąkanie).
Pamiętajmy jednak, że społeczny ostracyzm może dotknąć każdego: dziewczynki – bo jeszcze nie ma okresu, chłopca – bo nie lubi grać w piłkę nożną, świetnego ucznia – bo dobrze się uczy, gorszego ucznia – bo nie zdał do kolejnej klasy, dziecka niewierzącego, dziecka bardzo zainteresowanego jakąś dziedziną czy ideą, nie wiem, dziecka z mało popularnym kolorem włosów, czy wysokiego… Żyjemy w trudnych pod tym kątem czasach, w których lęk przed „innymi” i płynąca z niego agresja jest wszechobecna. Nawet wśród niby dojrzałych dorosłych, więc tym bardziej wśród dzieci.
Co możemy realnie robić to jako całe społeczeństwo, a w rodzinie – rodzice to dbać o to, aby nie promować takiej atmosfery i stylu bycia. Zaciekawiajmy się innymi, poznawajmy ich. A innym jest każdy – partner, koleżanka, sąsiad, dziecko, imigrant, osoba innego wyznania, czy w innej sytuacji życiowej. Jako psychoterapeutka przyznam, że wyzwanie podjęcia rozwoju w imię możliwości akceptacji swojego dziecka takim jakie ono jest, (kiedy już chcemy w sobie zmienić ten odrzucający je element nas) jest trudne. Wiele osób z taką motywacją przychodzi do gabinetu. Jednocześnie zwykle okazuje się, że w dziecku nie akceptujemy zwykle tego, czego nie udało nam się zaakceptować w sobie. Historia ta powtarza się czasem przez wiele pokoleń, a może na nas może się zakończyć? Przecież dzieci mają wprost wzorowe zdolności wystawiania naszych rodzicielskich psychik na najcięższe próby i tym samym… bycia chyba najlepszym inicjatorem naszego nieustającego dojrzewania. 😉
Dodam jeszcze, że praca ze sobą i zapewnieniem dziecku swojej akceptacji to nie wszystko. Jeśli dziecko ma trudności z rówieśnikami, czy jakimiś dorosłymi osobami i poczucie bycia odrzuconym wynika z tych sytuacji, czy gdy jest ofiarą przemocy, skierujmy swoje kroki do szkoły i zajrzyjmy do zasad ochrony przed krzywdzeniem, które każda szkoła obecnie jest zobowiązana posiadać. Nie bójmy się też psychologów, psychoterapeutów, nauczycieli, fundacji, które wspierają dzieci, grup wsparcia. Dziecko czasami naprawdę potrzebuje sojusznika, który nie jest zaangażowany w żadną stronę ewentualnego konfliktu, może zbudować nową relację, jest „świeżą osobą” w życiu nastoletniego dziecka. Może spojrzeć na sprawy trochę z zewnątrz i pomoc dziecku, wzmacniając je, ucząc, rozumiejąc, ale i wesprzeć rodzica w tym jak może pomóc sobie i dziecku w tej trudnej sytuacji.
M.F.: Jaką rolę w adaptacji do nowej szkoły odgrywa samoocena i jak ją wspierać u nastolatków?
M.B.: No cóż, odgrywa dużą rolę. Mówimy o takim okresie życia dziecka, w którym bardzo rozwojowe jest to, że dzieciaki mają z tą samooceną trudności (cóż… to eufemizm – często duże trudności) – no i robi się niełatwo. Co może być zaskakujące, zdrowie psychicznie nie zależy od posiadania jakiejś ultra wysokiej samooceny, niezależnie od tego jakim się jest, a zdrowa samoocena, to samoocena adekwatna.
Myślę, że wspieranie tego rodzaju rozwoju samooceny to zadanie, które nam rodzicom towarzyszy od najmłodszych lat życia naszego dziecka. I zobacz. Jest to trzecia z naszych rozmów, a w każdej z nich zwracałam szczególną uwagę na rozwijanie w sobie – rodzicu, umiejętności widzenia dziecka takim jakim ono jest, kochanie go całego, przyjmowanie jego emocji, bycie nim zaciekawionym jako człowiekiem. Dążmy do zrozumienia dziecka. Traktujmy je jako podmiot, a nie przedmiot naszych oczekiwań, który je spełnia lub nie. Zachęcajmy do szczerych, otwartych rozmów. To właśnie odpowiedź na zadane tutaj pytanie.
Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwa odpowiedź. Jednocześnie mam poczucie, że w świecie ogromnych wymagań stawianych przed rodzicami warto podkreślać, że wprawdzie to co wnosimy w życie naszych dzieci realnie jest bardzo ważne, ale nie wszystko w życiu naszych dzieci zależy tylko od nas. To co im damy, lub czego nie damy – na pewno będzie mieć znaczenie , ale to, co im dajemy to nie wszystko. To nie wystarczy do napełnienia dzieci wszystkim, czego potrzebują, bo niektóre elementy układanki muszą zdobyć same (np. rozwiązując adekwatne do wieku wyzwania i przekonując się o własnej wartości). Nie ma też szansy, być rodzicem idealnym, bo każdy z nas ma własne trudności, bolączki, często zaniżoną nierealnie, lub bardzo zawyżoną samoocenę, jakieś problemy…
Generalnie mam poczucie, że to, co realnie możemy zrobić dla naszych dzieci i siebie w każdym temacie, również w zakresie wspierania ich w budowaniu adekwatnej samooceny to przyjrzenie się temu tematowi. Ze sobą i z nimi, ze „światem”. Mamy przecież na rynku m.in. świetne książki i materiały na ten temat. Zastanówmy się, jak nasza postawa wobec dzieci może wpływać na ich samoocenę. Odpowiedzmy sobie na pytanie, czy to korzystny wpływ nie tylko tu i teraz, rozpoczynając nowy etap w życiu, ale i szerzej – na całe ich życie.
Jak myślisz, czy dziecko wiecznie i za wszystko chwalone, wychwalane, stawiane za wzór, podziwiane będzie budowało adekwatną samoocenę? No nie… wystarczy ze trafi na szkołę, w której poziom będzie na tyle wysoki, że nie będzie mogło odnosić sukcesów i łatwo się załamie, spadnie w odmęty samooceny niskiej – bo będzie miało tzw. „wysoką chwiejną samoocenę”. Przeciwnie, jeśli dziecko będzie ciągle krytykowane, poprawiane, niedoceniane, pognębiane, zawstydzane, wyśmiewane – nawet jeśli „tylko” w żartach rodzinnych – jaką będzie mieć samoocenę? Niziutką. Bardzo trudną do uniesienia, bo zabiera ona szansę na wiarę w swoje siły, nadzieję, sprawczość. Tego dla swoich dzieci na prawdę nie chcemy, a takie zachowania wobec dzieci są przerażająco powszechne.
„No coś Ty taka smutna, aż patrzeć nie mogę, uśmiechnij się.”, „Serio chcesz w tym wyjść do szkoły?”, „Opowiem Wam żart o blondynkach”… to nie są niewinne hasła, a biernoagresywne teksty wpływające na samoocenę naszych dzieci (i nie tylko ich). A gdyby tak widzieć swoje dziecko takie jakim jest ciągle rosnąc i rozwijając się? Zauważajmy, w czym czuje się dobre i co uznaje za swoje sukcesy i osiągnięcia. Zobaczmy z czym sobie nie radzi, w jakim zakresie czuje, że potrzebuje wsparcia w znalezieniu sposobów na rozwiązanie tych trudności lub w zaakceptowaniu tego, że nie musi umieć wszystkiego, skoro tak wybiera znając konsekwencji (zyski i koszty) płynące z tego, a nie innego wyboru. To właśnie buduje adekwatną samoocenę.
Czując się kochanym, rozumianym i wspieranym takim jakim się jest automatycznie uznaje się siebie za wystarczająco wartościowego. Nie trzeba do tego być geniuszem, czy najpiękniejszym, najbardziej utalentowanym sportowo, ani najszybszym. Można być zwyczajnym, mieć zasoby i trudności i być w sam raz. Adekwatne poczucie własnej wartości dotyczy tego, że dziecko (i każdy inny człowiek) może czuć się wartościowy tak po prostu – bo jest, znając swoje zasoby i trudności – nawet pomimo pryszczy na nosie i dwói z matmy na świadectwie.
Osoba z adekwatną samooceną wie, że pryszcze na nosie wprawdzie są nieprzyjemne, ale to normalne w tym wieku, normalne jest też że jak wyskoczą zaraz przed randką to są powodem do trudnych emocji. Co do matmy – cóż, można mieć dwóję, kiedy ma się inny talent, na który zdecydowało się przeznaczyć więcej czasu niż na matmę. Można też mieć dwóję i widzieć, że po prostu nie wykonało się pracy potrzebnej, aby mieć wyższą ocenę i w związku z tym zdecydować co dalej: uznać, że w sumie to nie koniec świata, ale chce się nadrobić materiał, którego się nie opanowało, aby móc pójść na wymarzone studia, związane jednak z maturą z matematyki i mieć przekonanie, że jeśli będzie człowiekowi na tym zależało i się przyłoży, to może mieć za rok czwórkę, a przede wszystkim wiedzieć, że przygotuje się do znaczącego dla możliwości podjęcia wybranej pracy czy studiów egzaminu. Równie dobrze może uznać, że ma inny plan – zda podstawową maturę z matematyki, ucząc się jak do tej pory, bo próbne arkusze mu wychodzą, a czas woli poświęcić językom obcym, bo z nimi wiąże przyszłość, lub rozkręcaniu biznesu foodtrucków…
Ale byłoby zbyt prosto i bardzo naiwnie uważać, że wszystkie dzieciaki sobie radzą, mają w ciagu dzieciństwa zbudowane wystarczające podstawy zasobów, aby bez szwanku przejść przez załamanie rozwoju, jakim jest okres dojrzewania i zawsze są w stanie podjąć dobre decyzje. Trzymam kciuki za nasze społeczeństwo, aby takich nastolatków było jak najwięcej, ale niestety wśród nastolatków powszechne są dość duże problemy, często również w postaci diagnoz zaburzeń psychicznych, czy znacznych trudności w radzeniu sobie z codziennością.
Nastolatki są bardzo odrzuconą i niezrozumianą grupą społeczną, na którą nie za bardzo jest miejsce. Spójrzcie na miasta – mamy place zabaw dla dzieci, rozrywki dla dorosłych, a co z nastolatkami? Nie żyjemy już też (co ma swoje zalety, ale ma też wady) w kulturowo jasnym, czarno-białym świecie, w którym albo możesz odnieść się do jakiegoś wzoru, albo przeciwko niemu zbuntować i tym samym dość powtarzalnie pokolenie po pokoleniu, budując swoją tożsamość. Na prawdę trudno jest być nastolatkiem we współczesności… A oni jakoś próbują, nie mają wyjścia. Wsparcie w budowaniu samooceny o którym pisałam, ale szerzej – wsparcie ich w życiu, to na prawdę trudne, ale i bardzo potrzebne i wartościowe zadanie, które sięga dużo dalej niż samoocena.
Co może czasem być trudne dla rodzica to to, że młoda osoba może również potrzebować odpuścić, zawieść, zbuntować się. Czasem pozwolić sobie uznać, że coś jest na prawdę nie tak i potrzebuje coś z tym zrobić. Często też może potrzebować realnej aktywnej pomocy. I może nie dać sobie rady sama.
Jesteśmy jako rodzice potrzebni nastolatkom, czasem tak intensywnie jak byliśmy im potrzebni kiedy byli niemowlaczkami. I czasem to jest tak samo, albo nawet trudniejsze. Jednocześnie wielu rodziców abdykuje, uznając że potrzebni nie są już wcale. Jesteście potrzebni. Tyle, że może nie tak jakbyście chcieli. Nasze nastolatki rozpaczliwie potrzebują Mądrego Sojusznika, o którym mówiłam w poprzedniej rozmowie o młodszych dzieciach w szkole podstawowej. A bycie nim w tym okresie jest… no trudne.
Czasem stajemy wraz z naszymi dorastającymi dziećmi na krawędzi i kiedy zostawimy je stojące nad nią same – zafundujemy im bardzo duży trud, czasem nie do zniesienia. Zdaję sobie sprawę jakie to wyzwanie. Wielu rodziców korzysta w tym okresie ze wsparcia psychologa czy psychoterapeuty, aby unieść własne emocje i móc towarzyszyć dzieciom. Niektóre dzieci też potrzebują takiego wsparcia i na prawdę warto pozwolić sobie na korzystanie z takiej możliwości. Czasami też, wbrew wszechobecnej presji na osiągnięcia, jedyne co może i musi zrobić dziecko i jego rodzic to zadbać o dziecięce zdrowie – psychiczne, czy fizyczne i na tym, a nie na nauce czy przyszłej karierze trzeba się skupiać, aż odzyska możliwość na robienie innych rzeczy.
I co ważne – tak samo jak maluchy, prawie dorosłe dzieci na prawdę potrzebują w życiu być widzianym, rozumianym i przyjętym takim jakimi są. Czasem królami świata, a czasem bidulkami z podkulonym ogonem. Same bywają zbyt niepewne, zbyt mało doświadczone, mimo że bardzo starają się sprawiać wrażenie, że są. Bądźmy dla nich – tak, jak tego potrzebują te konkretne nastoletnie już dzieci którymi akurat nas los obdarzył.
To bywa bardzo przyjemne. W końcu z kim jak nie ze swoim 13-latkiem można tak szaleć na koncercie? A czasem jest to bardzo trudne. Pamiętaj rodzicu, że jak za czasów niemowlęctwa Twojej pociechy tak i teraz – nie jesteś sam. To samo, w różnych odsłonach przeżywa miliony rodziców na świecie i ich dzieci. Szukaj wsparcia. Dla dziecka ale i dla siebie! Może szczera rozmowa z koleżanką która ma dziecko w podobnym wieku, albo przeżywała to niedawno, to tak samo jak w tamtych czasach najgenialniejszy możliwy pomysł? Pamiętajmy, że tworzenie wiosek wsparcia absolutnie nie dotyczy tylko rodziców maluchów – dajmy to sobie, bo czemu nie?
M.F.: Czego dziś najbardziej potrzebują nastolatki na początku roku szkolnego i co my, jako dorośli, często im nieświadomie odbieramy?
M.B.: Hmm… trzeba by ze szczerym zainteresowaniem zapytać tych nastolatków! I – co pewnie w tym wszystkim najtrudniejsze – całym sobą móc usłyszeć odpowiedź jaką mam dadzą. Nasze dzieci są mądre!
Bardzo możliwe, że dobrze znają swoje potrzeby! Wielu z nich jest dużo bardziej wyedukowanych i rozwiniętych pod kątem wiedzy psychologicznej niż dorośli. Osobiście z wielką przyjemnością słucham 19- 20-latków, których spotykam w gabinecie, którzy od lat obracają się wśród różnych źródeł wiedzy na ten temat i pięknie opowiadają czego im potrzeba.
A my – dorośli możemy im to dać. Nie pracuję z młodzieżą, ale śmiem zaryzykować twierdzeniem, że młodsze dzieci i nastolatki również mają nam dużo mądrego do powiedzenia, gdybyśmy tylko chcieli ich słuchać. Nie odbierajmy ich słów jako ataku. Wtedy będzie nam razem duuużo łatwiej. Dodam, że można zapytać o to samo kilkulatka i nastolatka, ale i nasze dorosłe już od dawna dziecko. I być gotowym na to, że… jeśli mamy to szczęście, że nam ufa, lub na tyle ufa, aby zaryzykować – odpowie zgodnie z prawdą, a nie naszymi oczekiwaniami.
M.F.: Dziękuję za rozmowę i życzę Ci wszystkiego dobrego.
M.B.: Dziękuję Michaela za Twoje pytania. Mam nadzieję, że te rozmowy będą dla kogoś impulsem do bycia bliżej swojego dziecka, niezależnie czy jest jeszcze małe, czy już prawie wyfruwa z rodzinnego gniazda. Albo do rozwoju, jeśli bycie blisko na razie nie jest z jakiegoś (na pewno ważnego) powodu możliwe. Wszystkiego dobrego.
Magdalena Borkowska
Psycholożka i psychoterapeutka w nurcie integracyjnym. Prowadzi konsultacje oraz psychoterapię indywidualną w gabinecie oraz online. Wspiera osoby w kryzysach, trudnościach emocjonalnych i poszukiwaniu wewnętrznej równowagi. W pracy stawia na empatię, uważność i autentyczny kontakt.
Umów się na spotkanie – razem znajdziemy rozwiązanie, które pomoże Ci odzyskać spokój i siłę.
Potrzebujesz wsparcia? Zajrzyj do gabinetu psychoterapii integracyjnej dla dorosłych.
Przeczytaj też:
Rozpoczęcie roku szkolnego – jak wspierać dziecko w pierwszych dniach przedszkola?
Rozpoczęcie roku szkolnego – jak wspierać dzieci w pierwszych dniach szkoły?









