Przejście od bycia aktywnym rodzicem do roli doradcy, kiedy dzieci stają się dorosłe, to jedno z największych wyzwań, przed którymi stają matki. Z jednej strony, to moment, w którym rodzicielskie instynkty muszą ustąpić przestrzeni dla dorosłych dzieci, które zaczynają samodzielnie podejmować decyzje. Z drugiej strony, to czas, w którym więzi rodzinne nabierają nowego wymiaru.
Elżbieta Mroczek, matka dorosłych córek, dzieli się swoimi doświadczeniami z tego etapu życia. Opowiada o trudnych chwilach, kiedy musiała nauczyć się oddać kontrolę, o radości z obserwowania rozwoju swoich dzieci oraz o nowej roli, jaką pełni w ich życiu. Ela podzieliła się ze mną swoimi refleksjami na temat tego, jak zmienia się relacja z dziećmi, gdy stają się dorosłe.
Michaela Fuchs: Jak zmieniła się Twoja rola jako matki, gdy Twoje dzieci dorosły?
Elżbieta Mroczek: Kiedy moje dzieci dorosły, moja rola jako matki bardzo się zmieniła. Z osoby, która organizowała życie swoim dzieciom, stałam się raczej doradcą i wsparciem. Teraz moje córki mają własne rodziny i podejmują własne decyzje, a ja uczę się dawać im przestrzeń.
Staram się być obecna, gdy mnie potrzebują, ale nie ingerować, jeśli nie proszą o pomoc. Nie narzucam się z telefonami, bo wiem, że nie zawsze mają czas, aby ze mną porozmawiać. Raczej czekam na telefon od nich, bo one wiedzą, że ja teraz zawsze znajdę wolną chwilę na rozmowę z nimi. Troszczę się o nasze relacje rodzinne, staram się, abyśmy wszyscy spotykali się przy świątecznym stole i na uroczystościach rodzinnych.
M.F.: Co było dla Ciebie najtrudniejsze w przejściu z aktywnej roli rodzica do bardziej doradczej roli wobec dorosłych dzieci?
E.M.:Najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że moje rady nie zawsze są potrzebne. Jako matka chciałabym chronić moje córki przed błędami, a takich trochę było. Niestety, były momenty, że moja pomoc stykała się z murem nie do przebicia.
W takich okolicznościach znajdowałam ukojenie w modlitwie. To pomagało mi przetrwać te najtrudniejsze chwile, kiedy z wielkim bólem musiałam patrzeć, jak moje dziecko samo wyrządza sobie ogromną krzywdę. Trudno było mi też zaakceptować, że nie zawsze zgadzają się z moimi opiniami i że mają własny sposób na życie, który nie zawsze był zgodny z moimi oczekiwaniami.
M.F.: Czy pamiętasz moment, w którym poczułaś, że Twoje dziecko naprawdę dorosło? Jakie to było uczucie?
E.M.: Tak, jednym z takich momentów było to, gdy moja najstarsza córka, mając zaledwie 18 lat, wyszła za mąż i urodziła dziecko. Dla mnie był to „kubeł zimnej wody” wylany na głowę. Poczułam wtedy ogromny niepokój, czy poradzi sobie w tej nowej roli?
Nagle to ona zaczęła podejmować decyzje, które do tej pory były domeną dorosłych. Na szczęście z czasem ulżyło mi, bo wszystko się poukładało. Teraz jestem z niej ogromnie dumna, ponieważ świetnie sobie radzi. Urodziła i wychowuje sześcioro dzieci. Zawsze ją chwalę, że jest prawdziwą „Matką Polką”.
M.F.: Jak radzisz sobie z tym, że Twoje dzieci podejmują własne decyzje – czasem inne, niż byś sobie życzyła?
E.M.: Szanuję to, że moje córki mają swoje życie i swoje wybory, choć nie zawsze są one zgodne z moimi poglądami. Staram się nie narzucać swojego zdania, bo wiem, że każdy musi samodzielnie przejść swoją drogę. Jeśli proszą o radę, chętnie pomagam, ale nie obrażam się, gdy postępują inaczej, niż bym chciała. Wiem, że muszą same zdobywać doświadczenie, ale staram się zawsze przedstawić swój pogląd w danej sprawie.
M.F.: Jak wygląda Twoja relacja z dziećmi dzisiaj? Czy różni się od tego, jak ją sobie wyobrażałaś, gdy były młodsze?
E.M.: Mam bardzo dobrą relację z moimi córkami. Często się kontaktujemy, wspieramy się nawzajem. Kiedy były małe, wydawało mi się, że zawsze będziemy blisko. Wtedy nie wybiegałam tak daleko naprzód. Ważne były raczej sprawy bieżące. Nie myślałam o tym, że każda z nich kiedyś pójdzie swoją drogą i zamieszka daleko od domu. Dziś widzę, że choć mamy różne podejścia do niektórych spraw, to wciąż jesteśmy dla siebie ważne. Wiem, że w trudnych chwilach mogę liczyć na pomoc każdej z nich, a sama też zawsze znajduję dla nich czas.
M.F.: Czy mogłabyś coś poradzić rodzicom, którzy zmagają się z „pustym gniazdem”?
E.M.: Najważniejsze to znaleźć dla siebie nowe zajęcia i nie żyć tylko życiem dorosłych dzieci. Gdy moje córki kolejno wyprowadzały się z domu, wiadomo, że było mi ich brak. Wtedy jeszcze pracowałam zawodowo i opiekowałam się swoimi rodzicami. Ale z czasem, gdy dom opustoszał, a ja przeszłam na emeryturę, zaczęłam rozwijać swoje pasje. Teraz prowadzę własną działalność rękodzielniczą i spełniam się w tym. Z własnego doświadczenia wiem, że warto szukać czegoś, co daje radość i poczucie spełnienia. W takich okolicznościach dobrze jest robić to, co się kocha.
Uważam, że warto też zaistnieć w mediach społecznościowych. Nie chodzi tylko o zasięgi, promocję marki, ale przede wszystkim o ludzi, których tam spotkasz. Dla mnie to przestrzeń do budowania społeczności i wzajemnego wsparcia. Możemy dotrzeć do ludzi, którzy podzielają nasze pasje, nawiązać wartościowe relacje i uczyć się od siebie nawzajem. Dowodem na to może być moja przynależność do Interaktywnej Paczki Oli Gościniak. W tej społeczności poznałam wiele niesamowitych kobiet, które wzajemnie się motywują, inspirują i dzielą swoją wiedzą.
Dla mnie media społecznościowe stały się nieocenionym narzędziem w rozwoju mojego rękodzielniczego biznesu. To właśnie tam mogę dzielić się swoją wiedzą, inspirować innych do tworzenia i pokazywać, że szydełkowanie to nie tylko tradycyjna technika, ale też nowoczesna forma twórczej ekspresji. Bez mediów społecznościowych trudno byłoby mi dotrzeć do tak szerokiego grona odbiorców i budować zaangażowaną społeczność wokół mojej marki: https:bajeryeli.pl.
M.F.: Jakie wartości starałaś się przekazać swoim dzieciom i czy widzisz, że je stosują w swoim dorosłym życiu?
E.M.: Chciałam nauczyć moje córki uczciwości, pracowitości i odpowiedzialności. Pokazywałam im, że sami pracujemy na to, jak będziemy żyć. Starałam się nauczyć współpracy, pomagania innym w potrzebie.
Starałam się także motywować je do podejmowania nowych wyzwań, nawet jeśli początkowo wydawały się trudne. Zawsze powtarzałam, że warto próbować i nie bać się zmian. Dzięki temu wszystkie ukończyły studia, zdobyły prawo jazdy i odważyły się realizować swoje cele, mimo że czasem wymagało to dużego wysiłku i wyrzeczeń. Warunki, w jakich przyszło nam żyć, nie były łatwe z różnych powodów. Dziś widzę, że ta odwaga i determinacja pomagają im w życiu, i jestem z nich bardzo dumna.
Przekazywałam moim dzieciom tradycyjne wartości chrześcijańskie. Wychowywałam je w wierze katolickiej, którą wyniosłam z domu rodzinnego. Wartości chrześcijańskie to nie tylko codzienna modlitwa, niedzielna msza, ale postawa wobec drugiego człowieka. Uczyłam dzieci, że każdy człowiek zasługuje na szacunek i że dobro, które dajemy innym, zawsze do nas wraca.
Dziś, patrząc na to, jakimi ludźmi się stały, wiem, że wartości, które im przekazałam, w nich żyją. Dają świadectwo swoim postępowaniem, tym, jak wychowują swoje dzieci. Dla mnie to największa radość i dowód na to, że warto było pielęgnować w nich to, co najważniejsze.
M.F.: Co jest najlepszą częścią bycia babcią w porównaniu do bycia mamą?
E.M.: Najlepsze jest to, że mogę cieszyć się wnukami bez tej odpowiedzialności, którą miałam jako mama. Nie muszę martwić się o każdy szczegół ich wychowania – mogę po prostu być z nimi, bawić się, rozmawiać, przytulać. To piękny etap życia. Często słyszy się powiedzenie, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od pieszczenia. Zgadzam się z tym tylko częściowo, bo przecież dziadkowie też mają duży wpływ na zachowanie wnuków, szczególnie jeśli często z nimi przebywają.
M.F.: Czy uważasz, że sposób wychowania dzieci zmienił się na przestrzeni lat? Co dziś zrobiłabyś inaczej?
E.M.: Zdecydowanie się zmienił. Dziś rodzice mają więcej świadomości, dostęp do różnych metod wychowawczych, a także większe możliwości. Z drugiej strony nie mogą też wiele czasu poświęcać dzieciom, bo większość dnia zajmuje im praca. Muszą zarobić na spłatę przeróżnych pożyczek. Wiadomo, że dzisiaj młodzi ludzie tuż po ślubie chcą mieć swój porządny samochód, swoje mieszkanie itp. Nie tak, jak kiedyś, kiedy większość młodych małżonków dorabiała się od przysłowiowej miski i łyżki. W takich warunkach dzieci pozostawione są samym sobie i kierują swoje zainteresowania w stronę mediów. Dziś prawie każdy już od dziecka nie rozstaje się z telefonem komórkowym. No cóż, rozwój technologii, jak zwykle przynosi nam dużo korzyści, ale też wiele zagrożeń. Jest to jednak temat rzeka i nie będę go tutaj rozwijać.
Gdybym mogła coś zmienić, poświęcałabym więcej czasu swoim dzieciom. Wtedy miałam na głowie pracę, gospodarstwo, dodatkowe zajęcia. Dziś widzę, że mogłam bardziej skupić się na byciu z nimi, bo często nie zauważałam niektórych problemów, z którymi się borykały, albo też wydawały mi się mało ważne. Po latach wiem, że „każdy wiek ma swoje prawa” i problemy, z którymi zmagają się dzieci, są dla nich ogromnie ważne. Dlatego tez istotne jest to, aby rodzic znalazł czas na pomoc w ich rozwiązaniu.
M.F.: Czego Twoje dorosłe dzieci nauczyły Cię o życiu i rodzicielstwie?
E.M.: Nauczyły mnie, że każdy ma swoją drogę i że nie można oczekiwać, że dzieci będą żyły tak, jak my byśmy tego chcieli. Nauczyły mnie też cierpliwości i tego, że rodzicielstwo nigdy się nie kończy – zmienia tylko swoją formę. Teraz to one czasem uczą mnie nowych rzeczy, a ja z zadowoleniem patrzę, jak radzą sobie w życiu.
Fotografie: Agnieszka Werecha-Osińska i Paulina Kozieł
Przeczytaj też:
Kiedy mama pracuje z domu – blaski i cienie freelancingu z dziećmi w tle
Misja niemożliwa czy najlepsza decyzja życia? – Historia ojca, który zaryzykował









