Niepłodność jest przedstawiana jako walka z własnym ciałem, marzeniami, czasem. Język walki niesie w sobie ogromny ciężar: presję, siłowość, stres oraz poczucie, że każda porażka to przegrana bitwa. Pojawiają się niewidzialne straty, które towarzyszą tej drodze. Stracone cykle, utracone nadzieje, marzenia odkładane w czasie. Uznanie tych strat i danie sobie prawa do przeżywania emocji daje przestrzeń do starania się o dziecko bez walki. Potrzebna jest łagodność i akceptacja. O tym, dlaczego narracja walki z niepłodnością nie służy kobietom i jaką siłę ma czułość wobec siebie opowiada Gosia Mikołajczyk – absolwentka psychologii, psychotraumatolog, terapeutka metody EFT, trenerka mentalna pracująca z kobietami starającymi się o dziecko – w rozmowie z Michaelą Fuchs.
M.F.: Gosiu, zacznijmy od pojęcia niewidzialnych strat. Co kryje się za tym określeniem i dlaczego są one tak istotne w drodze do macierzyństwa?
M.M.: Niewidzialne straty to wszystkie te doświadczenia, które nie mają swojego rytuału żałoby, a jednak głęboko w nas rezonują. To utracone nadzieje, miesiące oczekiwania, marzenia, których nikt nie widzi, bo dziecko się nie pojawiło – a więc „nie było straty” w oczach otoczenia. Kobieta nosi w sobie cały pejzaż emocji: smutek, rozczarowanie, żal, wstyd, poczucie winy. W pracy gabinetowej często mówię, że to żałoba po niewidzialnym dziecku, ale też po sobie samej z tamtego czasu – tej, która wierzyła, że wszystko potoczy się inaczej. Uznanie tej żałoby jest jak otwarcie drzwi do pokoju, w którym od dawna stoi milczący ból. Dopiero kiedy go zobaczymy, możemy go łagodnie objąć.
M.F.: W swojej pracy zauważasz, że pacjentki, które zmagają się z niepłodnością, często nie są świadome swoich strat. Z czego to wynika – z wyparcia czy z braku języka, żeby o tym mówić?
M.M.: Często z jednego i drugiego. Z zewnątrz ta droga wygląda jak ciąg powtarzających się prób – kolejne miesiące, kolejne badania, kolejne nadzieje i rozczarowania. W środku jednak często toczy się proces żałoby, który wraca falami – po nieudanym leczeniu, po utracie ciąży, po kolejnym teście z jedną kreską.
Nierzadko brakuje rytuału domknięcia: nie ma miejsca, do którego można wrócić, zapalić świecę czy położyć kwiat. Bywa też odwrotnie – pogrzeb się odbył, a mimo to wokół tej straty rozlewa się cisza. Trudno opłakać coś, o czym nikt nie chce rozmawiać i co dla świata „nie istniało”.
W naszym społeczeństwie brakuje języka dla żałoby po czymś, co było niewidzialne. Kobieta słyszy: „to był tylko zarodek”, „to jeszcze nie dziecko”, „ciesz się, że stało się to wcześnie, a nie w siódmym miesiącu”. Takie słowa unieważniają jej relację i emocje. A przecież , choć nie można było nosić tych dzieci na rękach, ktoś nosił je pod sercem. To była prawdziwa więź, choć niewidzialna dla świata.
Chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie: Straty to nie tylko poronienie. Za doświadczeniem niepłodności kryją się też straty cyklu, nadziei, czasu, marzeń i wyobrażeń o sobie jako matce – tej, która pragnęła być mamą dwojga czy trojga dzieci przed trzydziestym piątym rokiem życia. To także strata zaufania do własnego ciała, poczucia sprawczości, bezpieczeństwa i ciągłości swojego życia.
W gabinecie często słyszę język medyczny: „nieudana procedura in vitro”, „brak implantacji”, „niepowodzenie stymulacji”. Ten chłodny opis jest mechanizmem obronnym – pomaga na chwilę odsunąć ból, zamienić emocję w coś technicznego, co da się kontrolować. Ale za „nieudaną procedurą” stoi prawdziwa strata, żałoba i cierpienie, które potrzebują uznania i otulenia. I dopiero gdy to uznamy, możemy zrobić miejsce na żałobę, a potem – na życie.
Do tego dochodzi coś, o czym pisze Marta Niedźwiecka – że jeśli przez lata byłyśmy zmuszone funkcjonować „na planecie Głowa”, odcięte od ciała, to nawet nie wiemy, że jesteśmy odcięte. A ciało, które nie ma języka żałoby, nie przestaje jej czuć – tylko zamienia ją m.in. w napięcie, problemy ze snem czy ból głowy.
I tak kobieta wchodzi w kolejne procedury, niosąc w sobie nieopłakane pożegnania – niewidzialne, ale bardzo prawdziwe i mające wpływ na dalsze starania o dziecko i potencjalną ciążę.
M.F.: Jakie konsekwencje niesie za sobą zadaniowe podejście do starań o dziecko: krok po kroku, kolejne procedury, bez zatrzymania się na emocjach?
M.M.: Wyobraźmy sobie, że doświadczenie niepłodności to udział w Ironmanie. Biegniemy, jesteśmy wyczerpane, ale dobiegamy do „mety”, a nasze ciało prosi o regenerację. I wtedy słyszymy: „Teraz jeszcze 50 km rowerem w upale”. I jedziemy. Dokładnie to dzieje się, gdy miesiącami i latami leczymy się, doświadczamy strat, odkładamy wakacje, rozwój, relacje – bo może w tym cyklu się uda i uzależniamy swoje szczęście wyłącznie od dziecka, tracąc z oczu to, co wokół nas. I nawet jeśli uda się zajść w ciążę i urodzić dziecko, to wchodzimy w to macierzyństwo absolutnie wycieńczone. Wyobraź sobie, że toniesz, a ktoś daje Ci czwarte dziecko. Tym mniej więcej jest wylądowanie w macierzyństwie po latach leczenia niepłodności. Dlatego tak ważna jest czułość wobec siebie w tym wymagającym czasie. Dlatego tak ważna jest czułość wobec siebie w tym wymagającym czasie.
Badania wskazują, że kobiety, które przed ciążą doświadczały niepłodności lub strat reprodukcyjnych, są istotnie bardziej narażone na wystąpienie zaburzeń psychicznych po porodzie – w tym depresji poporodowej, zaburzeń lękowych, adaptacyjnych oraz objawów zespołu stresu pourazowego (PTSD) – co podkreśla znaczenie wczesnej profilaktyki i kompleksowego wsparcia psychologicznego w okresie okołoporodowym.
Zadaniowość natomiast daje pozorne poczucie kontroli, ale płodność nie jest projektem. To proces bardzo czuły na stres. Kiedy wszystko podporządkowujemy badaniom, liczeniu dni płodnych, wynikom, ciało uruchamia tryb przetrwania: walcz, uciekaj lub zamarznij. Dla organizmu kolejna procedura in vitro i gonitwa przed drapieżnikiem są tym samym językiem biologicznym – wzrost poziomu kortyzolu (hormonu stresu), napięcie, lęk. Dołóżmy do tego powtarzalną ekspozycję na intymność medyczną – po raz dziesiąty rozkładamy nogi na fotelu ginekologicznym, ciało jest oglądane, mierzone, oceniane. To samo w sobie jest naruszeniem granic, nawet jeśli koniecznym medycznie. Z perspektywy psychodynamicznej bardzo często to tempo i ta zadaniowość są ucieczką od spotkania się z bezsilnością, rozpaczą i lękiem przed kolejną stratą. Zamiast „doświadczyć, przeżyć” – próbujemy „zrobić”. A psychika i ciało potrzebują innego języka: języka obecności, zatrzymania, powiedzenia sobie Ciebie ma starczyć na dłużej. Nie tylko do testu, ale do ciąży, porodu i kolejnych nocy z maluchem. Skąd weźmiemy paliwo, jeśli bak jest pusty już w połowie drogi na stację?
M.F.: W przestrzeni publicznej dominuje narracja walki z niepłodnością. Dlaczego uważasz, że walka nie jest dobrą metaforą?
M.M.: Bo kobiety doświadczające trudnej płodności bardzo często i tak są już wojowniczkami. One są w trybie mobilizacji od miesięcy. I teraz uwaga: brak walki bywa mylnie interpretowany jako przegrana, rezygnacja, mniejsze szanse na ciążę. A to nieprawda. Dlaczego? To, czego naprawdę szukamy, to poczucia sprawczości w chorobie, która jest w dużej mierze nieprzewidywalna. Mówienie „walcz!” daje chwilową iluzję wpływu, ale jednocześnie stawia ciało po stronie „przeciwnika”: jajników, endometrium, wieku itp. Język walki wikła nas też w ocenę: „Skoro nie zaszłam, to znaczy, że za mało walczyłam i powinnam się bardziej postarać”.
Przecież niepłodność nie jest egzaminem z determinacji. Ciało nie potrzebuje, żeby je dyscyplinować. Potrzebuje, żeby je usłyszeć i otoczyć troską, bo to nie jest nasz wróg.
M.F.: Jak walka i język siłowości wpływają na ciało w kontekście stresu i hormonów?
M.M.: Mózg nie odróżnia „muszę zdążyć na samolot” od „muszę zajść w ciążę w tym cyklu”. Słyszy tylko jedno słowo – „muszę” – i natychmiast uruchamia kaskadę reakcji stresowych: napięcie mięśni, przyspieszone tętno, wyrzut kortyzolu i adrenaliny.
Ciało reaguje tak, jak potrafi najlepiej, by poradzić sobie z napięciem. U jednych pojawia się reakcja walki – mobilizacja, nadmierna kontrola, analizowanie każdego sygnału z ciała. U innych reakcja unikania – odsuwanie myśli, skupienie się na innych sprawach, żeby choć na chwilę odzyskać poczucie spokoju. Zdarza się też, że organizm przechodzi w stan zamrożenia – spowolnienie, wrażenie oddzielenia od siebie. To biologiczna strategia ochronna układu nerwowego, nie brak siły czy obojętność. Do tego dochodzi coś, o czym rzadko się mówi – przewlekłe przekraczanie granic cielesnych. Kolejne USG dopochwowe, badania w pozycji najbardziej bezbronnej, oddawanie sterowności lekarzowi. Dla kobiety, która w dzieciństwie musiała być „dzielna” i odciąć ciało, by przetrwać, to może być powrót do tego samego wzorca obronnego. Donald Winnicott pisał, że „katastrofa, której się boisz, już się wydarzyła” – i właśnie tak często reaguje ciało: jakby trauma była wciąż obecna. Dlatego tak ważne jest zdanie Jona Kabat-Zinna: „Nie możemy zatrzymać fal, ale możemy nauczyć się surfować.” Nie zatrzymamy procedur, nie zawsze zatrzymamy stratę ani biologicznego czasu, ale możemy nauczyć ciało, że nie każda fala jest końcem świata. Poczucie bezpieczeństwa nie polega na tym, że wszystko idzie po naszej myśli, lecz na świadomości, że przetrwamy także to, na co nie mamy wpływu. A bezpieczne ciało to fundament.
M.F. : Czym różni się akceptacja od rezygnacji? Jak kobieta może zaakceptować to, na co nie ma wpływu, nie poddając się jednocześnie?
M.M.: Gabor Maté mówi, że to właśnie próba ucieczki od bólu tworzy więcej bólu. I to jest sedno. Rezygnacja to: Nic się już nie da zrobić, koniec. Akceptacja to: „Tak, jest ból, jest strata, jest ograniczenie – i JA w tym nadal jestem i mogę iść dalej.
W terapii ACT mówimy o zgodzie na to, że emocje mogą nam towarzyszyć, ale nie muszą nami kierować. Wyobraź sobie, że jesteś kierowcą autobusu – wsiadają różni pasażerowie: lęk, żal, automatyczne myśli, smutek. Można pozwolić im być, zamiast zużywać siły na ich wyrzucanie. Jedziesz dalej, w stronę tego, co dla ciebie ważne – bo to ty prowadzisz ten autobus, to ty nim kierujesz i zarządzasz trasą, pomimo tych pasażerów. W psychoterapii psychodynamicznej z kolei to moment integracji żałoby – kiedy przestajemy szukać magicznego obiektu, który nas uratuje, i możemy zobaczyć realność. Martha Stark czy Nancy McWilliams świetnie pokazują, że to nie jest moment utraty nadziei. To jest moment utraty iluzji.
Akceptacja nie jest rezygnacją ani biernym pogodzeniem się z losem. To raczej świadome poddanie się życiu – z czułością i zaufaniem, że możemy być w tym, co jest, bez konieczności nieustannej walki. Pozwalamy, by rzeczy działy się swoim rytmem, nie dlatego, że się poddajemy, ale dlatego, że przestajemy się szarpać z tym, na co nie mamy wpływu. Nadal możemy iść na badania, podejść do IVF, zmienić lekarza – ale z miejsca troski i zaufania do siebie, a nie z lęku, że coś z nami jest nie tak.
M.F.: Jak uczyć się łagodności wobec siebie w procesie starań o dziecko?
M.M.: Łagodność zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się projekt „naprawię siebie”. Wiele kobiet przychodzi na terapię z takim nieświadomym nastawieniem: Powiedz mi, co robię źle, to poprawię i wtedy będę w ciąży. A psychoterapia – szczególnie ta głębsza, psychodynamiczna – bardzo często polega na tym, żeby uznać to, czego nie da się naprawić, bo to się już wydarzyło. To jest żałoba po idealnej matce, po idealnym ciele, po idealnej wersji siebie. Łagodność to mikro ruchy czułości: ciepła dłoń na brzuchu, pozwolenie sobie na płacz, wyjście z gabinetu zabiegowego i danie sobie 10 minut na dojście do siebie, zamiast ogarnąć się i uśmiechać na siłę. Społecznie, czułość wobec siebie może być odbierana jako słabość, taka informacja: „Nie dałaś rady”, poddanie się i w rezultacie nawet zaprzestanie starań. Nic bardziej mylnego. Poddanie się czułości to nadal działanie. Tylko be` kija bejsbolowego, którym się biczujemy za niepowodzenia.
To też budowanie wewnętrznej matki – tej figury w nas, która mówi: „Widzę cię, widzę Twój ból, nic nie musisz mi udowadniać, nawet jeśli kolejny raz się nie udało”. Jeśli w dzieciństwie doświadczałyśmy głównie matczynej surowości, w dorosłości same odtwarzamy ją wobec siebie. W terapii uczymy się zamieniać ten głos na bardziej otulający. I z takiego miejsca dużo łatwiej zapraszać dziecko na świat.
M.F.: Jakie narzędzia, rytuały czy ćwiczenia polecasz swoim pacjentkom, które zmagają się z niepłodnością, by uznały straty i odzyskały kontakt ze sobą?
M.M.: Rytuałów jest wiele. Podam 3 przykładowe, które sprawdzają się w mojej pracy gabinetowej.
Rytuał uznania straty.List do dziecka, które nie przyszło. Zapalenie świecy w terminie, w którym miało się urodzić. Posadzenie rośliny. To są małe, ale bardzo naprawcze gesty dla psychiki – mówią: „to się wydarzyło”.
Praca z ciałem, które było przekraczane. Delikatne skanowanie ciała po badaniu, nazwanie napięcia: Tu mnie ściska, lęk, jest w klatce piersiowej, tu jest złość, ma kolor czerwony i jest w gardle. To pomaga wyjść z zamrożenia i dysocjacji. Nie zawsze trzeba od razu wchodzić w techniki – czasem wystarczy pięć uważnych oddechów i decyzja: „Dzisiaj nie idę na siłownię czy do pracy, bo moje ciało jest po zabiegu i wymaga regeneracji.”
Kotwiczenie w wartościach. Kiedy życie kręci się tylko wokół leczenia, łatwo zapomnieć, że jesteś też przyjaciółką, partnerką, siostrą, kimś, kto kocha morze albo taniec. Wypisanie 3–4 wartości i zrobienie dziś jednej rzeczy w ich stronę pozwala nie zatopić się w roli „kobiety w leczeniu” czy – jak nazywają się same kobiety – „staraczki”.
M.F.: Co powiedziałabyś kobietom, które czują, że jeśli przestaną walczyć z niepłodnością, to się poddadzą?
M.M.: Powiedziałabym: to nie jest poddanie, to jest zmiana paliwa. Walka jest paliwem szybkim, ale spalającym – działa na krótki dystans. Czułość i akceptacja to paliwo długodystansowe. Kiedy przestajemy napinać liny, które miały nas „dociągnąć” do ciąży, robi się miejsce na oddech. Wiele kobiet mówi mi: „dopiero kiedy przestałam kontrolować każdy cykl, żyje mi się lżej i spokojniej”. To chwila, gdy ciało i psyche znów zaczynają ze sobą współpracować. A gdy układ nerwowy wraca do równowagi, odzyskujemy zdolność odczuwania siebie – a z nią pojawia się więcej przestrzeni na bliskość, nadzieję i życie w zgodzie ze sobą, zamiast przeciwko sobie.
M.F.: Co powiedzieć samej sobie, gdy pojawia się poczucie porażki?
M.M.: : Przede wszystkim zastąpiłabym słowo „porażka” na niepowodzenie. Słowa mają moc i lepiej, żebyśmy nie tłukły sobie do głowy kolejnych krytycznych myśli, których niestety nie brakuje u kobiet doświadczających niepłodności.
Każde niepowodzenie w niepłodności jest trochę jak otwarcie tej samej rany i ma prawo boleć. Nie pomaga mówienie sobie „nie powinnam tak czuć” – to tylko dokładanie kolejnej warstwy wstydu. Drugi krok to rozróżnienie: ja nie jestem niepowodzeniem. Jest nim ten cykl, ta procedura, to badanie. To ważne szczególnie dla kobiet z mocnym, karzącym „wewnętrznym krytykiem” – one często słyszą w środku: „zawiodłaś”. Wtedy warto przywołać wewnętrzną matkę: „Widzę twój ból, ale nie będę cię nim biła. I wreszcie – pozwól sobie być w tym, co jest. Oddychaj, zauważ ból, ale nie zatrzymuj się w nim na zawsze. Możesz jednocześnie czuć smutek i robić miejsce na nadzieję. Niepowodzenie nie zabiera poczucia sensu.
M.F.: Co poradziłabyś kobietom, które teraz mierzą się z niepłodnością i czują się zmęczone swoją drogą?
M.M.: By pozwoliły sobie na odpoczynek – nie od starań, ale od napięcia, które im towarzyszy. By zobaczyły siebie nie tylko jako „kobiety starające się o dziecko”, ale po prostu kobiety. Bo niepłodność to nie to, kim jesteś. To doświadczenie, które przez jakiś czas jest częścią Twojego życia – ale jest tymczasowe i nie definiuje jego całości, a tym bardziej Ciebie i Twojej wartości.
Zmęczenie nie jest dowodem na to, że jesteś słaba. Zmęczenie jest informacją. Ciało mówi: „za długo niosłam za dużo”. I teraz mamy dwie opcje: zignorować tę informację i iść dalej – wtedy ciało znajdzie sobie głośniejszy kanał (np. poprzez ból, stany zapalne, drażliwość, obniżenie nastroju) – albo uznać ją i spowolnić. Czasem to spowolnienie wygląda bardzo konkretnie: „przez trzy miesiące nie będzie zbliżeń w trakcie dni płodnych”, „pozwalam sobie pojechać na wakacje, mimo że mogłabym być w ciąży”, „wracam na terapię, bo nie chcę, żeby kolejny cykl przykrył niedomkniętą żałobę”. To nie jest rezygnacja z marzenia. To jest przygotowanie gruntu pod to marzenie. Jak sama często mówię pacjentkom: nie rezygnujesz z marzenia, tylko uczysz się, jak iść po nie z większą czułością wobec siebie. Bo to jedyna strategia, która sprawdzi Ci się na dłuższą metę w drodze do macierzyństwa.
M.F.: Dziękuję za rozmowę i przełamanie kolejnego tabu na naszym portalu.
M.M.: Dziękuję za zaproszenie.
Gosia Mikołajczyk – Psychotraumatolożka
Jestem psychotraumatolożką i absolwentką psychologii na Uczelni Biznesu i Nauk Stosowanych w Warszawie. Ukończyłam Akademię Trenerów Mentalnych w Warszawie, studia podyplomowe z terapii małżeńskiej i par oraz odbyłam staż w Centrum Terapii Dialog. Kontynuuję kształcenie w zakresie pracy z kobietami w kryzysie okołoporodowym oraz analizy więzi prenatalnej.
W swojej pracy koncentruję się na wsparciu kobiet doświadczających ograniczonej płodności. Prowadzę sesje indywidualne, mentoring grupowy oraz warsztaty psychoedukacyjne poświęcone psychologicznym aspektom leczenia niepłodności i procedurze in vitro. Pasjonuje mnie psychologia okołoporodowa, prenatalna oraz psychosomatyka.
W pracy z kobietami łączę wiedzę psychologiczną, doświadczenie mentoringowe, własne 6-letnie doświadczenie niepłodności i empatyczne podejście, pomagając im odzyskać poczucie wpływu, równowagi i spokoju w procesie leczenia. Wspieram moje klientki w lepszym rozumieniu emocji, które pojawiają się w czasie leczenia – takich jak złość, lęk, żal czy bezradność – oraz w budowaniu odporności psychicznej. Pomagam kobietom odkrywać wewnętrzną siłę oraz sens, nawet wtedy, gdy droga do macierzyństwa nie wygląda tak, jak planowały.
Korzystam z wiedzy z zakresu psychologii klinicznej, z teorii podejść systemowych, psychodynamicznych i poznawczo-behawioralnych – szczególnie terapii akceptacji i zaangażowania (ACT) i schematów. Pracę terapeutyczną poddaję superwizji.
Ważną i lubianą przeze mnie częścią mojej pracy jest edukacja – jestem autorką ebooków, kursów online, wielu webinarów oraz medytacji prowadzonych, a także podcastu: Czuła droga kobiety.
Przede wszystkim moja praca jest dla mnie misją. Wierzę, że kobiety mogą poczuć się w pełni kobiece i wartościowe – bez względu na to, czy dane im będzie doświadczyć macierzyństwa.
Moje motto: Ciebie musi starczyć na dłużej. Nie tylko do momentu dwóch kresek na teście ciążowym, ale również podczas ciąży, po porodzie i w macierzyństwie.
Prywatnie jestem mamą dwójki dzieci oraz psa.
Poznaj mnie bliżej:
https://malgorzatamikolajczyk.pl
https://kursy.malgorzatamikolajczyk.pl
https://www.instagram.com/gosiamikolajczyk_plodnosc/
Przeczytaj też:
Niepłodność i tabu wokół niezamierzonej bezdzietności w Polsce
Poronienie chybione – czym jest i jak sobie poradzić z tą stratą?
Po poronieniu – droga od cierpienia do nadziei
Urlop macierzyński po urodzeniu martwego dziecka
FAQ – wsparcie w drodze do macierzyństwa z Gosią Mikołajczyk
Gosia Mikołajczyk jest psychotraumatolożką i psycholożką, specjalizującą się we wsparciu kobiet zmagających się z niepłodnością. Prowadzi sesje indywidualne, mentoring grupowy oraz warsztaty psychoedukacyjne, łącząc swoją wiedzę psychologiczną z doświadczeniem osobistym i empatycznym podejściem. Autorka podcastu „Czuła droga kobiety”, kursów online i ebooków.
Niewidzialne straty to wszystkie doświadczenia, które nie mają rytuału żałoby, ale pozostawiają emocjonalny ślad – utracone nadzieje, cykle, marzenia o macierzyństwie czy poczucie straty zaufania do własnego ciała. Uznanie tych doświadczeń pozwala przeżywać emocje bez poczucia winy i presji.
Język walki stawia ciało i psychikę w stanie ciągłego stresu, sugerując, że niepowodzenie oznacza brak wystarczającej determinacji. Tymczasem niepłodność nie jest projektem do wykonania – wymaga czułości wobec siebie, akceptacji i obecności w procesie, a nie jedynie działania „za wszelką cenę”.
Akceptacja to świadome przyjęcie bólu, ograniczeń i strat, przy jednoczesnym zachowaniu sprawczości i troski o siebie. Rezygnacja natomiast oznacza poddanie się i poczucie, że nic nie da się zrobić. Akceptacja pozwala iść dalej z szacunkiem do swoich emocji i ciała.
Akceptacja to świadome przyjęcie bólu, ograniczeń i strat, przy jednoczesnym zachowaniu sprawczości i troski o siebie. Rezygnacja natomiast oznacza poddanie się i poczucie, że nic nie da się zrobić. Akceptacja pozwala iść dalej z szacunkiem do swoich emocji i ciała.
Przykłady praktyk:
Rytuał uznania straty – np. list do dziecka, które nie przyszło, zapalenie świecy w dniu, w którym miało się urodzić.
Praca z ciałem – delikatne skanowanie napięć, świadome oddechy, nazwanie emocji w ciele.
Kotwiczenie w wartościach – codzienne działania w zgodzie z tym, co dla nas ważne, niezależnie od leczenia, aby nie zatracić siebie w roli „kobiety w leczeniu”.









